Z życia człowieka, kobiety, psychologa. Podróżuj w głąb siebie w psychoterapii.

Podzielę się z Wami moimi osobistymi przemyśleniami 
To podróż w głąb siebie.
Od kilku miesięcy często myślałam o mojej zmarłej babci. Nie tyle o konkretnych rozmowach czy wydarzeniach, ile o pewnym obrazie, który wracał do mnie uporczywie, jej stary kuchenny segment i stojące na nim matrioszki. Jako dziecko uwielbiałam na nie patrzeć. Miały w sobie coś magicznego. Tajemnicę. Ciepło. Obietnicę, że w środku zawsze jest jeszcze coś więcej.
Po śmierci babci matrioszki zniknęły. Nigdy ich nie odnaleziono.
Przez lata zdarzało mi się szukać podobnych. Bezskutecznie. Żadne nie były „tymi”.
Aż wczoraj.
Po zejściu z górskiej wyprawy, zmęczona, trochę wyciszona, trochę bardziej „ze sobą”, zobaczyłam stragan. I tam były one. Takie same. Jakby czekały.
Przypadek?
Nie wierzę w przypadki. Wierzę, że nasza psychika ma niezwykły sposób przypominania nam o tym, co ważne,że czasem coś z zewnątrz pojawia się dokładnie wtedy, gdy jakaś część nas jest gotowa coś poczuć, domknąć, odzyskać.
Matrioszka jest pięknym symbolem psychologicznym.
Każda lalka skrywa kolejną. Warstwa pod warstwą. Dokładnie jak człowiek.
Jest ta najbardziej zewnętrzna część nas, ta, którą pokazujemy światu. Kompetentna, uśmiechnięta, radząca sobie.
Pod nią jest kolejna, bardziej wrażliwa. Ta, która pamięta relacje, tęsknoty, dawne doświadczenia.
Jeszcze głębiej bywa nasze wewnętrzne dziecko, z jego zachwytem, potrzebą bezpieczeństwa, ciepła i bliskości.
A w samym centrum? Najmniejsza, najdelikatniejsza część. To, co najbardziej prawdziwe. Czasem kruche. Czasem zapomniane. Ale nadal obecne.
Psychoterapia często przypomina otwieranie matrioszki.
Nie po to, by „naprawić” siebie.
Po to, by odkrywać kolejne warstwy z ciekawością i łagodnością.
Może dlatego ten moment był dla mnie tak poruszający.
Bo może nie chodziło o znalezienie przedmiotu.
Może chodziło o spotkanie z częścią siebie, która pamięta babcine ciepło, dziecięcy zachwyt i poczucie bezpieczeństwa.
Czasem to, co „odnajdujemy” na zewnątrz, jest tylko odbiciem tego, co dojrzewało w nas od dawna.
Czy to był przypadek? A może psychika czasem prowadzi nas tam, gdzie coś w nas czeka na odnalezienie?
Jako psycholog widzę w matrioszce jeszcze jeden ważny symbol,archetyp matki opiekunki.
Tej części, która otula, chroni, daje bezpieczną przestrzeń do wzrastania i odkrywania siebie.
W pracy terapeutycznej często właśnie tak rozumiem swoją rolę — nie jako osoby, która „naprawia”, ale jako kogoś, kto towarzyszy, wspiera i pomaga pacjentowi bezpiecznie docierać do kolejnych warstw siebie. Z szacunkiem, uważnością.
Ściskam, Monika
